sobota, 02 września 2006
Wszystkie skarby tego świata
![]() (documentary fiction) Kiedy obudziłem się rano ledwo
pamiętając swój ostatni przed przebudzeniem sen, nie mogłem przewidzieć jak
diabelnie prorocze gesty zostały mi w nim zesłane przez tajemne siły, co to
nadają sens temu światu, obracają wskazówkami zegara oraz słoneczną tarczą na
niebie. Śniło mi się mianowicie, co z
trudem i przez mgłę zacząłem sobie przedstawiać jeszcze tego samego ranka przy
porannej kawie, iż szperając w garażu znalazłem jakiś cholernie cenny skarb. Nie
był to zwykły skarb z tych, co to mają wartość sentymentalną, a każdy inny
człowiek wiedziony zdrowym przeczuciem wyrzuciliby go czym prędzej na śmietnik;
nie - to był najprawdziwszy skarb, którego posiadanie gwarantowało opierdalanie
się bez umiaru przez resztę odmienionego tym sposobem życia. Nie jestem osobą przesądną, nie
kierują się znakami szczególnymi, nie w wierzę w przeznaczenie zapisane w
księgach. Nie należę też do osób, które z jakichś mniej lub bardziej patogennych
powodów zwykły szperać w garażu. Sen nie precyzował niestety jaki to skarb,
gdzie konkretnie leży i w jaki sposób należy go odkryć. Co więcej, miał też
aspekt problematyczny, bo jak wiadomo człowiek należący do pokolenia 1200
brutto nigdy nie może wyspać się w spokoju. Otóż skarb ten miał wartość
zapośredniczoną, nie dało się za niego kupić od tak jachtu na Morzu
Śródziemnym, domu na Ibizie, ani apartamentu na Upper West Side w NYC, choć
oczywiście jego wartość przekraczała znacznie wszystkie te dobra razem wzięte.
Mój skarb ze snu był o tyle problematyczny, że trzeba było go wprzódy gdzieś spieniężyć.
Jak wiadomo w dzisiejszych czasach kantory nie obsługują ludzi chcących
wymienić skarby na gotówkę, w banku też mogliby przyjąć człowieka chłodno i bez
zrozumienia, co właściwie także i w normalnych okolicznościach nie byłoby
niczym wyjątkowym. Zdałem sobie sprawę, że znalezienie skarbu to początek
stromych schodów, zbyt stromych jak na upały przekraczające 30 stopni,
ocieplający się klimat i nie zakończone - od mniejsza ilu lat - studia
magisterskie. Dopijając ostatni łyk kawy nie
pamiętałem już niczego z tego, co jeszcze przed niespełna godziną rysowało mi
się mgliście jako zapowiedź przyszłości opływającej w wszelkie możliwe dobra
tego świata - co jakkolwiek może sprawiać chwilową radość, ale na dłuższą metę
jest przecież nie do wytrzymania. Następnego dnia wracając z ogródka
działkowego, na którym od paru lat prócz trawy i paru drzew nie rośnie nic
sensownego, próbowałem się skupić, by jechać możliwie najwolniej, gdyż droga
była kamienista a wskutek upałów unosiły się z niej tabuny kurzu, co z
pewnością nie najlepiej wpływa na świeżo umytą karoserię samochodu. Prowadzić
samochód możliwe najwolniej jest najtrudniej w świecie, toteż czynność ta
przypominała poniekąd trening umysłu adeptów Zen. Gdy moje skupienie osiągnęło
stan krytyczny i już chciałem przyspieszyć, mój wzrok utkwił w okolicach
skrzyni biegów, gdzie zza obudowy przedniej półki wysunął się okrągły przedmiot
przypominający najzwyklejszą w świecie złotówkę. Życie w mieście sprawia jednak
umiarkowane niespodzianki - nie była to złotówka, lecz jedna marka niemiecka w
monecie z 1989 roku. Jedna marka niemiecka w monecie z
1989 roku? Mój sen z dnia poprzedniego nabrał
wymiarów symbolicznych i można było go teraz odczytać na tysiąc sposobów.
Podejrzenie, iż mój garaż jest w zmowie z moim samochodem za nic na świecie nie
chciało mi przejść przez myśl jako możliwe, choć w zaistniałych okolicznościach
było chyba najbardziej prawdopodobne. Samochód zdarzało mi się sprzątać, garaż
nigdy (a przecież śniło się, że skarb w garażu znaleziony). Jedna marka
niemiecka ukazująca się nagle i dopiero teraz w samochodzie, którym w ciągu pół
roku zdążyłem przejechać ponad piętnaście tysięcy kilometrów po drogach, po
których żadna część auta, nie mówiąc o monecie, nie miała prawa pozostawać w miejscu gdzie ją
pierwotnie zamontowano? Wielki skarb wyśniony dzień wcześniej, za który można
kupić całą fabrykę takich samochodów? Oczywiście był w tym diabelski trop, z
którego znaczenia zdałem sobie od razu sprawę - oto jakoby otrzymałem od losu
znak, iż jestem predestynowany, a moją ciężką, znojną pracą, którą od tej pory
miałem zapełniać czas od świtu do nocy, zasłużę na wielki majątek i powodzenie
w interesach. Muszę tylko wziąć się do roboty - zdawała się mówić jedna
niemiecka marka, którą dzierżyłem niby na zachętę w dłoni. Nie jestem jednak przesądny i
opcję tę odrzuciłem z odrazą. Jedna niemiecka marka potrzebowała bardziej
racjonalnego wytłumaczenia. A więc jednak garaż domaga się, by go posprzątać -
pomyślałem. Samochód ruszył szybko wjeżdżając na drogę asfaltową, słońce
świeciło na niebie, jedna niemiecka marka spoczęła głęboko na dnie mojego
portfela. Reszta dnia zapowiadała się bez większych niespodzianek.
piątek, 15 lipca 2005
21_Sława, sława, sława
Siedzimy, jak zwykle. Cóż innego możemy zrobić w obliczu nadchodzącej klęski? Gdy nasze nadzieje na choćby cień sukcesu, drobny promyczek uznania, lekki przebłysk wielkiego świata – wszystko przepadło? Choć nie. Nie do końca przepadło. Jest szansa, że i my ogrzejemy się w blasku cudzej sławy. Jeśli tylko będziemy grzeczni. Siedzimy zatem na Stolarskiej i pijemy Pilsnera. Czekamy na telefon. Niektórzy z nas popatrują w kierunku miedzianowłosej barmanki. Tylko niektórzy, bo przecież wszyscy jesteśmy w szczęśliwych, stałych związkach. I czekamy. Tydzień temu z kobietami naszego życia skontaktowała się pani sekretarka pani Anity Błochowiak, Redaktor Naczelnej „Wysokich Obcasów”. Chodzi, drogie panie, o wywiad. Redaktor Błochowiak ma taką wizją (tak sobie rzucam tylko luźne skojarzenia): cztery przyjaciółki, młode, piękne, odnoszące sukcesy, u progu kariery, prężne, to jest nasza przyszłość, przejmą cały kraj. Przy okazji może zobaczyć, co robią pań partnerzy, jakoś to porównać, zestawić. Przyszły piątek paniom odpowiada? Porównać, zestawić…taak. A więc siedzimy na Stolarskiej, pijemy Pilsnera, niektórzy z nas popatrują w kierunku miedzianowłosej barmanki, która czasami się do nas ślicznie uśmiecha. I czekamy na telefon, który przywoła nas na Tarłowską, do pokoju zajmowanego przez Bartka i Małgosię (chodzi oczywiście o zaprezentowanie wystroju wnętrza) na rozmowę z panią redaktor. Telefon dzwoni, my kiwamy ze zrozumieniem głowami, dopijamy piwo, uśmiechamy się pożegnalnie do barmanki i wychodzimy. Bartek oczywiście robi nam zdjęcie (porównamy stan przed i po), Łukasz ciągle rozmawia przez telefon komórkowy (kolejny interes, podobno świetnie się sprzedają w Malezji polskie zszywki do papieru), Kacper skręca papierosa, którego i tak nie zdąży wypalić a Radek znów łyka jakąś pigułkę. Po prostu czterech wspaniałych. Brak nam tylko łyżew. Mówiłam podaj długopis. Długopis. Taki do pisania. Naprawdę tak trudno to zrozumieć? Ech! Bardzo panie przepraszam, trudno dziś o porządnego mężczyznę, a tym bardziej o dobrego asystenta. Rzeczywiście (perlisty grupowy śmiech). Tak. To usłyszeliśmy zza drzwi pokoju Bartka i Małgosi. Taktownie przystanęliśmy na korytarzu. Kacper i Łukasz wyciągnęli piersiówki, byśmy mogli się pokrzepić. Wchodzimy… Rany, czy to możliwe? Obok Pani Redaktor siedziała sama pani Endo (jej chyba nie trzeba opisywać, każdy wie, jak wygląda) i zawzięcie szkicowała kobiety naszego życia. Ołówkiem, zauważcie, szkicowała. To ona już nie używa tego pada? Tabletu, tak to się nazywa (Łukasz zna się na takich rzeczach). Tablety sprzedawaliście do Iraku? Wal się na ryj. Dobry wieczór (powiedzieliśmy niepewnie). Cześć kochanie (zgrabny chórek). Oto Pani Redaktor i pani Endo. Pani Redaktor wyglądała, jakby niejedno gardło już przegryzła w tej robocie. Przyszpilające, piwne oczy, czarne jak sama noc w psychiatryku włosy (pewnie farbowane farbą firmy L’oreal, jest z pewnością tego warta) i najsmuklejsze na całej planecie palce. Drobniutka i jadowicie uśmiechnięta. Suworow twierdził, że te małe i czarne są najgorsze (Kacper wciąż czyta to samo). Może czas kupić nową książkę? Wal się na ryj. Pani Redaktor, kiedy skończyła się nam przedstawiać wróciła do rugania asystenta. Chłopak był chudym blondynem i co chwilę poprawiał zsuwające mu się z nosa okulary w drucianej oprawce. Wyglądał na poważnie spiętego. Tym razem chyba poszło o notes. Dobrze, że już jesteście. Możemy zaczynać. Najpierw pytanie do was wszystkich – jak długo się znacie. Otwieramy usta, ale spostrzegamy, że asystent krzywi się, jakby miał zaraz w łeb dostać. Nie, nie, nie (Pani Redaktor uśmiecha się dobrotliwie), chodziło mi o Agnieszkę, Ewelinę, Magdę i Małgosię. Kiedy się spotkałyście, dziewczyny? Może czas to uwiecznić (mrugamy porozumiewawczo do Bartka). Mamy tu już uwieczniarkę. Ale to nie to, co porządny trzask migawki. Wal się na ryj. Cóż (Magda odkaszlnęła), właściwie to poznałyśmy się dzięki nim (pokazuje na nas, a w nasze wątłe serca wstępuje nadzieja). Ale niemożliwe, musiałyście się gdzieś wcześniej spotkać. Niemożliwe! Podczas wspólnie organizowanej konferencji, na jakimś panelu dyskusyjnym, no przynajmniej podczas imprezy środowiskowej (mówiąc to Pani Redaktor spogląda na nas jakby była samym Platonem, żyjącym około 427-347 p.n.e., filozofem greckim, twórcą pierwszego systemu idealizmu obiektywnego oraz rzecznikiem arystokratycznej formy rządów i już wiedziała, że w idealnym państwie nie byłoby dla nas miejsca nawet w najniższej kaście). Musiałyście się wcześniej zetknąć. Powtórzyła to z wyjątkowo silnym naciskiem. Jak środowiskowa, to pewnie była w Pauzie, na Floriańskiej (Radek obraca się w tych kręgach). Słyszałem, że kulturyści to lubią się bujać w Gorączce. Wal się na ryj. Ależ tak, rzeczywiście (Ewelina uśmiechnęła się promieniście) przecież po raz pierwszy spotkałyśmy się na ulicy Zapolskiej podczas Krakowskich Targów Książki. To było chyba trzy lata temu. Oj, tak, tak, no tak, rzeczywiście, jak mogłyśmy zapomnieć (brzmi zgodny, radosny chórek, a my słyszymy huk walących się w gruzy naszych nadziei). I dalej popłynęła opowieść o tym wiekopomnym spotkaniu. Tak naprawdę to my też byliśmy na tych targach. Łukasz załatwił nam robotę przy rozdawaniu ulotek, które jego ówczesna firma drukowała. Umówiliśmy się, że każdy z nas przyprowadzi jedną koleżankę, żeby nie było tak nudno. Bartek przyprowadził Agnieszkę, Kacper Małgosię, Łukasz Ewelinę, a Radek Magdę. Tego dnia wypiliśmy dużo, podwędzonego ze stoiska organizatorów, wina. Sukces odniósł tylko Łukasz (wiadomo – organizator). Ale i na nas przyszła pora. Nieważne. Dobrze. To bardzo ciekawe. Teraz bardziej osobiste pytanie. Franek, tylko na litość Boską, notuj wyraźnie i dokładnie, żeby mi nie było jak ostatnio, bo się wreszcie pożegnasz z tą robotą. Oczywiście, proszę pani. Wasza idolka, drogie panie. Czyje dokonania są dla was największym bodźcem do dalszej pracy, do odnoszenia coraz to nowych sukcesów? O idoli nie pytam, bo nie ma to najmniejszego sensu. I znów ten perlisty śmiech. A my popatrzyliśmy na siebie z asystentem jak zbite psy. Zachciało nam się pić. Ja osobiście uwielbiam Urszulę Tomczak, sposób w jaki formułuje myśli o przestrzeni, jak tworzy kształty, jak używa różnych kolorów, odcieni… Jest taka… trochę bałaganiarska, ale w taki cudowny, ułożony sposób. To powiedziała Małgosia i Bartek zaczął się zastanawiać, czy mieszka w pokoju urządzonym w taki sposób. Dla mnie przede wszystkim ważna jest Jadwigę Staniszkis. Bez niej trudno pomyśleć w ogóle o współczesnych, polskich naukach społecznych. Czasami wydaje się mieć odpowiedź na wszystkie możliwe pytania o życiu i śmierci. Tak odparła Magda, a Łukasz pomyślał, że chciałby wreszcie przeczytać tą pracę doktorską. Może coś by zrozumiał. Cóż, jeśli chodzi o zawód wykonywany (uśmiech) to oczywiście podziwiam Agnieszkę Górniakowską – chłodny profesjonalizm, siła charakteru, powaga. Ale jestem też fanką dziennikarek – Brygidy Grysiak, Doroty Gawryluk, Jolanty Pieńkowskiej. Gdy Agnieszka skończyła swą wystudiowaną wypowiedź, Kacper chwilę próbował odgadnąć na czym polega „chłodny profesjonalizm”. Szybko się jednak poddał. Myślę, że ona jest nie tylko moją idolką. Myślę, że dla nas wszystkich jest czymś w rodzaju siostry duchowej – Kazimiera Szczuka. Kiedy porzuciła te programiki o książkach i zaczęła robić prawdziwą telewizję, zrozumiałyśmy, że trzeba w życiu dokonywać właściwych wyborów. Nie można mieć wszystkiego. Radek nie mógł sobie za nic przypomnieć, jaką książkę wziął ze sobą, gdy poszedł podrywać Ewelinę. Odniósł jednak wrażenie, że musiał tej książki wcześniej nie przeczytać. I popłyną perlisty śmiech i rozkoszny szczebiot, a my z uwagą zaczęliśmy oglądać swoje buty. I gdyby tylko zobaczył nas teraz jakiś zabłąkany na polskiej ziemi snajper, serbskiego pochodzenia, pewnie nie wahałby się ani chwili. Szybkim ruchem zrzuciłby z ramienia karabin, podniósł lunetę do oka i oddałby cztery szybkie strzały. A potem odszedłby uspokojony, bo za zabicie czterech frajerów Trybunał ds. Zbrodni w b. Jugosławii, z siedzibą w Hadze, nie ściga. Pewnie nawet nie pomyślałby o tym, żeby coś zrobić asystentowi. Ktoś, kto zaczyna swoją karierę od lania po głowie, od Pani Redaktor, ma szansę wpasować się w społeczeństwo. Może nawet zostać mężem pani prezydent. Niestety, żaden południowosłowiański brat nie zaszczycił Krakowa wizytą tego wieczoru. Może zresztą zaszczycił, ale nie spojrzał we właściwe okno. Nieważne. Ponieważ robi się groźnie, robimy to, co zwykle. Bartek wkłada rękę do kieszeni i ukradkiem wybiera numer Łukasza. Ten odbiera telefon, taktownie wychodzi do przedpokoju i pozoruje rozmowę. Następnie (wciąż będąc w przedpokoju) dzwoni do Radka i wraca do pokoju. Gdy Radek pozoruje rozmowę i dzwoni do Bartka, Łukasz tłumaczy swojej damie, że właśnie zadzwonił kolega fotoreporter, znajomy z dawnych czasów, który wrócił ze strefy wojny i naprawdę tylko jeden dzień będzie w Krakowie i musi się teraz z nim spotkać. Tymczasem Radek wraca, a Bartek wychodzi, żeby zadzwonić do Kacpra. Bardzo istotny jest element historii. Każdy z nas musi opowiedzieć o spotkaniu z kimś innym. Kobiety naszego życia nie mogą wiedzieć, że wychodzimy razem, bo zaraz byłyby te spojrzenia pełne nienawiści. Zresztą one pewnie i tak wszystko wiedzą. One zawsze wszystko wiedzą. W każdym razie w tej chwili jesteśmy jak prawdziwi spiskowcy. W ciągu piętnastu minut załatwiamy telefony. Wychodzimy w odstępach mniej więcej pięciominutowych. Po drodze dzwonimy po Filipa. Góra 45 minut i jesteśmy na Stolarskiej. *** Małgosia wyjechała, więc u Bartka na stole stoi Sofia Melnik. Ci z nas, którzy palą – palą, a wszyscy polegujemy, bo siedzeniem trudno to nazwać. I rozpiera nas duma. Wreszcie o nas napisali. I to nie byle gdzie. Kiedy wyciekliśmy ze spotkania naszych pań z Panią Redaktor z „Wysokich Obcasów” zaczął lekko siąpić deszcz. Filip dołączył do nas na Rynku. Na Stolarskiej nie było naszej ulubionej barmanki, tylko jakiś facet o dziwnych upodobaniach muzycznych. Ale nie zwróciliśmy na to uwagi. A można to było potraktować w charakterze znaku z niebios. Po czwartej kolejce drzewa na Plantach wyraźniej zaczęły rysować się w naszych myślach. I szybko podjęliśmy jedyną słuszną decyzję. Piętnaście minut – i byliśmy na ławce na Palntach. Odkręcaliśmy butelkę letniej wódki, chwilę śledząc trasy Straży Miejskiej by poznać tajemnicze ścieżki, którymi chadza. I poszło. Wszystko trzeba było rekonstruować. I to właśnie robiliśmy przy Sofii Melnik. Podstawowa rekonstrukcja wyglądała następująco. Gdy skończyliśmy 0,7, podeszło do nas kilku panów i zapytało o godzinę. Potem chcieli papierosa. Radek, jako najlepiej zbudowany, dostał pierwszy. Kacper, który akurat trzymał butelkę w ręce, rzucił nią w jednego z panów. Niestety rozbił tylko szybę w budce telefonicznej. Łukasz kopnął kolejnego pana w goleń i próbował uniknąć ciosu innego pana. Nie wyszło. Bartek zdążył zdjąć okulary akurat na czas. Kiedy powstrzymaliśmy pierwszą falę i rozważaliśmy strategiczne możliwości kontrataku, zawyły syreny. Panowie rzucili się do ucieczki. My również. Z tym, że oni mieli w tym większą wprawę. Dotarliśmy tylko do połowy Szewskiej. Gdy wychodziliśmy z izby wytrzeźwień na ul. Rozrywki, było już sobotnie popołudnie. W przepaściach depozytu zniknął bilet Kacpra do Warszawy i wszystkie jego dokumenty, telefon komórkowy Radka, cała gotówka Łukasza i karty biblioteczne Bartka. Karty kredytowe cudownie ocalały. Jakoś trzeba było zapłacić za nocleg, prawda? Bartek i Łukasz mają szczęście mieszkać ze swoimi paniami. Gorzej miał Bartek, ogólnie mówiąc. Jego o-ileś-tam-lat-starsza kobieta, doświadczona w związkach i wprawiona w bojach, przyjęła postawę chłodnego i wyniosłego milczenia. Bartek przemykał tylko cichaczem na trasie pokój-kuchnia-łazienka. Magda najpierw długo i głośno krzyczała, potem płakała, a potem zrobiła Łukaszowi obfity w tłuszcze obiad. Kacper i Radek poszli na piwo. Z tym, że Kacper miał wcześniej poważną rozmowę z Agnieszką na temat życia i odpowiedzialności. Rozmowa była krótka, bo Agnieszka musiała jechać na nagranie. Czyli jak zwykle. I tak dotarliśmy do niedzieli. Magda i Małgosia pojechały do Warszawy organizować sukces swojego życia. Ewelina przygotowywała kolejny referat na kolejną konferencję. Agnieszka miała nagranie. Bartek, Łukasz, Kacper i Radek już napoczęli butelkę, gdy wszedł Filip. W ręku trzymał „Dziennik Polski” i znacząco się uśmiechał. W kronice kryminalnej „Dz.P.” napisano bowiem tak: „W nocy z piątku na sobotę policja zatrzymała studentów: Radosława A., Filipa B. i Bartłomieja C., biznesmena Łukasza D i dziennikarza Kacpra E. Zatrzymani byli pod wpływem dużej ilości alkoholu. Zniszczyli budkę telefoniczną i zakłócali spokój. Śpiewali „Międzynarodówkę”, utwory Czesława Niemena, „Rotę” i krzyczeli „Na Kowno””. Rozsiedliśmy się wygodnie i odetchnęliśmy z ulgą. Jutro Bartek, Radek i Filip pójdą na zajęcia, Łukasz podpisze kolejną, istotną dla jego życia umowę, a Kacper pojedzie do Warszawy. Będzie jednak już zupełnie inaczej. Będziemy czuć się lekko, będziemy czuć się dumni. Będziemy czuć się prawie jak Dorota Masłowska (tylko, że nie jesteśmy tacy ładni, ani w ciąży). Kto wie, co będzie dalej, ale wiemy, że cały świat należy do nas.
poniedziałek, 07 lutego 2005
Index
sobota, 29 stycznia 2005
Morda w kubeł!
Nieznane do końca są przyczyny, które sprawiały, że nie spotykaliśmy się ostatnio tyle co kiedyś. Jasne, że było w tym trochę i mojej winy. Chłopakom nic nie mówiłem o tym. By nie wzbudzać ich podejrzeń dlaczego permanentnie nie odbieram telefonów i nie odpisuje na ich sms-y, ograniczyłem się tylko do wysłania lakonicznego maila z informacją, jakoby w linii 192 został ukradziony mój komórkowy telefon. „Odezwę się do Was, gdy załatwię nowy aparat” – pisałem w peesie licząc, że tym sposobem udało mi się wygospodarować czas tylko dla siebie. Tak tylko właśnie i wyłącznie dla siebie, na realizację mojego indywidualnego projektu. Z dala od naszych kolektywistycznych pomysłów na założenie pizzerii, firmy fotograficznej obsługującej wesela i pogrzeby ludzi obdarzonych wykwintnym smakiem estetycznym, których aktualnie istniejące firmy z tej branży nie uwzględniają w swoim targecie stawiając na totalną masówkę. Z dala od naszych pomysłów założenie opiniotwórczego miesięcznika dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych terenu Warmii i Mazur, że pozwolicie iż ograniczę się tylko do naszych zeszłotygodniowych pomysłów. Jednoosobowy projekt, genialny pomysł na sukces tylko dla mnie. Gimnastyka artystyczna w opozycji do dotychczasowych sportów zespołowych, samodzielne onanizowanie się w opozycji do seksu grupowego, modlitwa w małej zapomnianej kapliczce w opozycji do całego przemysłu turystyki pielgrzymkowej. Tak, macie rację, na te kilkanaście dni stałem się indywidualistą, a może i minimalistą. Przez chwilę nie pragnąłem aktywnie uczestniczyć w nieodzownych dla naszych knajpianych dyskusji planach realizacji ostatniej tezy o Feuerbachu sformułowanej przez Karola Marksa – „filozofowie rozmaicie interpretowali świat, idzie zaś o to, by go zmienić” (choć muszę to powiedzieć, o filozofii żaden z nas nie miał najmniejszego pojęcia). Po prostu chciałem wystąpić w telewizji. Obiecując, mojej dziewczynie, Magdzie definitywne pozbycie się nowej płyty O.s.t.r. uzyskałem jej zapewnienie, że nie wyda moich zamiarów, a także i mojego kłamstwa z kradzieżą telefonu w jakiejś przypadkowej, niezobowiązującej rozmowie z na pozór nieznaną moim przyjaciołom osobą. Chyba wiecie o co chodzi, w mieście gdzie każdy z każdym zna się jak nie z zajęć baletu, z prywatnego przedszkola, z prestiżowego liceum (które nota bene ostatnio spadło trochę w rankingach), z praktyk w biurze poselskim pewnego prawicowego polityka kawalera, z kursu języka niemieckiego w Instytucie Austriackim, to z nowohuckiego kółka teatralnego, czy też zajęć na kierunku kulturoznawstwo międzynarodowe, a już na pewno ma jakiś znajomych w Rzeszowie, kwestia całkowitego zamknięcia gęby na kłódkę, wzięcia mordy w kubeł zdaje się być kwestią priorytetową. I tak nie niepokojony żadnymi propozycjami napicia się alkoholu, uczestniczenia w charakterze doradcy-eksperta w zakupach seksownej bielizny dla Magdy, z dala od uniwersyteckich zajęć, całkowicie oddałem się przygotowaniom do występu w programie „Wielka gra” z tematu „Życie i dzieło Tomasza Baty oraz innych wielkich praktyków organizacji i zarządzania”.
wtorek, 18 stycznia 2005
Nie wierzcie dekoratorkom wnętrz
Przyszłość rysowała się w konturach ponad 60-metrowego m2 w samym centrum Krakowa, z ogromnymi oknami, które miały zapewnić odpowiednie oświetlenie do domowego foto-studia, na piątym piętrze odrapanej (delikatnie mówiąc) kamienicy z klatką schodową rodem zerżniętą z któregoś z najstarszych podwórzy paryskiego Montmarte, oraz - co najważniejsze - mieszkanie w tak bajecznym miejscu miało być wyposażone w kosmiczne hi-fi, co było obietnicą aż nadto ordynarną, gdyż zupełnie powalało mnie swą niewyobrażalnie galaktyczną siłą oddziaływania. Mówiąc jeszcze inaczej, moja ambitna dziewczyna postanowiła się przeprowadzić. I co gorsza, plan ten obejmował również i moją osobę. I wcale nie chodzi o to, że nie protestowałem; że nie znajdywałem mocnych argumentów; że nie byłem zbyt nieugięty, czy pozbawiony stanowczości - oczywiście że walczyłem jak lew, by pozostać na starym, inna sprawa, że nie mam usposobienia aż nadto konfliktowego, zwłaszcza, iż był to przypadek kiedy naciskała moja lepsza połowa, a ja - co tu dużo ukrywać - już dawno temu, zanadto nie protestując, uwiązałem się w wolny związek partnerski, którego podstawa finansowa jest wszakże radykalnie sfeminizowana. Ale do rzeczy. Nie wierzcie dekoratorkom wnętrz. Zwłaszcza, gdy obiecują wam wspólne mieszkanie sam na sam. Strzeżcie się ich, kiedy opowiadają wam wszystkie te historie o najstarszych artystycznych dzielnicach jakichkolwiek cyganerii świata, gdy pokazują wam klatki schodowe, po których - wedle ich słów - spływa poezja światła, bo zaprawdę powiadam wam, nie jest to poezja tylko psi mocz. Nie dajcie wiary historiom o czakramach i pozytywnej energii, która emanuje ze starych murów, bo nie jest to język miłosnej mistyki tylko chytrej propagandy; a już zupełnie, nigdy, przenigdy i pod żadnym pozorem, nie wierzcie w obietnicę otrzymania nowego, pięknego, czarnego, audiofilskiego hi-fi ze wzmacniaczem mocy i sześcioma kolumnami. Bo jeśli uwierzycie, atoli powiadam wam, prawdopodobnie będziemy sąsiadami w tej samej zaszczanej ruderze. Wszystko zaczęło się na długo wcześniej przed incydentem z ciemnią. Chociaż prawdą jest, iż był to jeden z nielicznych momentów mojego życia, gdy naprawdę czułem się pasażerem tylko w jedną stronę i byłem gotów przysiąc, iż moja ciemnia na parę chwil, wskutek drinków Kacpra, postanowiła zamienić się w jaskinię Platona, a wokół nas krążyły najprawdziwsze platońskie idee, które potem przeistoczyły się w osobę Łukasza i dwóch gości z Erki. Oczywiście Kacpra już wtedy nie było (spał w domu). Jak powiadam wszystko zaczęło się na długo przed piciem odczynników, a moje niedoszłe zejście z tego świata było dla Magdy ostatecznie, poza początkowym szokiem, tylko wygodnym pretekstem do tego, by sprawnie zrealizować swój plan przeprowadzki. Po tym, jak zarzygałem całe mieszkanie utrwalaczem do błon czeskiej firmy Foma, nikt ze współlokatorów nawet nie protestował, gdy się pakowałem. Nikt też nie zdawał sobie sprawy, bo rzecz jasna nie mógł sobie zdawać, w jaką historię już wkrótce wplącze wszystkich nas moje nowe 60-metrowe m2 w samym centrum miasta. I nawet wtedy, gdy Magda - jak zawsze po czwartym czy piątym kieliszku - ostatecznie (jak zawsze publicznie, nic wcześniej nie wiedziałem) przyznała się, iż "to mieszkanie właściwie jest jej pierwszą poważną inwestycją, a ona sama, nieoczekiwanie dla siebie samej, dostała kontrakt na pracę w Belgii, który może trochę potrwać" - nawet wówczas więc, gdy koniec końców wyszło na jaw, że mam być w nowym mieszkaniu kimś w rodzaju samotnego ciecia-lokatora pod nieobecność ukochanej-właścicielki, nie mogłem przypuszczać, w jakie tarapaty pakuje Radka, Łukasza, Kacpra, Filipa i siebie. A także dwie koleżanki, ale to już zupełnie inna bajka.
poniedziałek, 17 stycznia 2005
Mój Boze c.d. 4 „Pożółkłe paznokcie” Drzwi do ciemni Bartka otworzyły się gwałtownie. Dwóch sanitariuszy przyniosło nosze. Na podłodze pod ścianą leżał Bartek. Jego wychudłe ciało ani drgnęło jedynie usta wydawały cichy charkot. Łukasz, który go w tym stanie znalazł i wezwał karetkę, podszedł do głowy przyjaciela. - Co się stało?! – oczy krewkiego fotografika lekko się otworzyły. Niewyraźnie wymówił sześć liter: - K a c p e r … Można się było jedynie domyślać, co się naprawdę wydarzyło. Bartek od prawie dwóch tygodni nie wychodził ze swej nory. Wilgotne, przesiąknięte chemikaliami powietrze powoli acz nieubłaganie naruszało jego i bez tego już kruchą konsystencje. Przygotowywał wielkoformatowe odbitki na swój wernisaż w BWA, i przy okazji robił próbki zdjęć do książki, którą miał zamiar wydać do spółki z Mędrcami Ze Stolarskiej. Praca była czasochłonna i monotonna, i choć dysponował dość dobrym sprzętem, szła opornie. W krótkich przerwach, jakie sobie robił wychodził na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza i przyjąć minimalną dawkę światła na swą ziemistą cerę. Ćwierkające ptaszki koiły jego skołatane nerwy, czasami chciał zapalić, ale nie robił tego, spokój ogarniał jego duszę. Koniec wiosny świetnie nadawał się na tego rodzaju pracę. Mniej więcej w tym samym czasie Kacper oddawał się różnorakim uciechom cielesnym w swojej pracy. Nosił krzesła, zamawiał pączki, rozkładał obrusy, rozmawiał ze znanymi z telewizji i kolorowych magazynów osobistościami (ponoć Kazimiera Szczuka była zachwycona timbre jego głosu), czyli ogólnie – organizował. Wstając o świcie pierwszymi słowami, jakie wypowiadał były zazwyczaj „Ja pierdole” lub „O kurwa”, czym podkreślał zbyt wczesną porę pobudki, jednak nijak się one miały do jego pracy. On ją celebrował. Każda drobnostka, ot choćby spotkanie ze Sławomirem Shuty potrafił zamienić na przeciągającą się i narastającą rozkosz, intelektualne wybawienie od nudnego wypełniania faktur. Po ciężkim dniu pracy, gdy swym golfem dojeżdżał do domu wracały jednak myśli o niespełnieniu. Niespełnieniu twórczym. Kacper zawsze powtarzał sobie, że przepisze wszystkie swoje wiersze, opowiadania i opowiadanka, które zalegają w przepastnych szufladach jego biurka, tudzież w pustych kartonach po wódce pod łóżkiem. Przepisze je i wyda. W marzeniach przesuwały mu się jak w fotoplastykonie obrazy: wielkie plakaty w witrynach największych księgarń miasta, wywiady, autografy. Zyskawszy autorytet i uwolniwszy się od obowiązków przeciętnego człowieka mógłby zająć się polemiką z najtęższymi umysłami tego świata. Ten natłok obrazów, które jednak póki co się nie urzeczywistniały, strasznie wysuszył mu gardło. Zapalił papierosa i poszedł do sklepu. Mineralna z magnezem dobrze robi przed nauką. Wracając zobaczył Bartka stojącego przed swoim garażem. Ręce w kieszeniach i uśmiech na twarzy wskazywały, że był z czegoś zadowolony. -Jak leci, panie wegetarianin? - Aaa, robię te zdjęcia, niedługo oczy będę miał jak szczur czerwone od tej ciemni całej. Do książki też pomału coś zaczynam robić. Chcesz zobaczyć? – Bartek nie zauważył, by Kacper miał w rękach jakąś flachę, więc bez obawy mógł go zaprosić. W utrwalaczu leżały stykówki. Kacper przeglądną j je pobieżnie i uśmiechnął, się –pamiętał, w jakich okolicznościach robili niektóre zdjęcia. - Mogę sobie jedne wziąć? - Ok, nie ma problemu. Chowając zdjęcia do torby zaczepił o bombonierkę z wiśniami w likierze. –Wiśnie w likierze?! –pomyślał. Przecież to jego imieniny, dostałem w pracy od "kolektywu pracowniczego"! Czyli, że pod bombonierka powinna leżeć… taaaaak!!! Litr Absoluta!!! Bartek, widząc co się szykuję, wyciągnął telefon – Kochanie? Tak, będę późiej… Puste pojemniczki po filmach zwane "kodakami" idealnie nadawały się na kieliszki, a czerwone światło sączące się z rogu pokoju zachęcało do zadzwonienia po jakieś panienki. Rozmowy toczyły się na różne tematy. Chwilę poklęli na Radka, że się nie odzywa i w ogóle wali w chuja, na Filipa, ze buc jest i się od picia wykręca, na Łukasza, że się odżegnuje od starych klimatów i próbuje zrobić karierę na uczelni. Wszystko było jak należy, do momentu w którym Kacper stwierdził „zróbmy to” co z regóły nie oznaczało nic dobrego. Tym razem, poniesiony górnolotnym uczuciem ambicji dorównania Wieniczce Jerofiejewowi stwierdził, że muszą wypić jakiś oryginalny drink. A że płynnych chemikaliów było tu sporo, wiec zmieszali co nieco. Reszta pozostaje milczeniem. A raczej charczeniem. Parę dni później Bartek powiesił na ścianie w ciemni wielki napis "Zabrania się picia wywoływacza i innych odczynników"
poniedziałek, 27 grudnia 2004
Inspiracje
Poczytaj jakikolwiek magazyn dla kobiet i zobaczysz, że zawsze powtarza się ta sama skarga: mężczyźni – dwudziestoletni czy trzydziestoletni – są beznadziejni w łóżku. Nie interesuje ich „gra wstępna”; nie pragną „stymulować erogennych sfer” płci przeciwnej; są samolubni, chciwi, niezręczni, brak im ogłady. Te wszystkie zażalenia, nie mogę się oprzeć wrażeniu, są raczej ironiczne. Kiedyś, kiedy byliśmy mali, nie interesowało nas nic poza grą wstępną, ale też właśnie dziewczyny nie były zainteresowane nami. Nie chciały, byśmy je dotykali, stymulowali, pieścili; tak naprawdę to waliły nas po gębach, kiedy tylko tego próbowaliśmy. Wcale zatem nie dziwi, że nie jesteśmy w tym wszystkim dobrzy. Spędziliśmy dwa albo nawet trzy krytyczne dla naszego seksualnego rozwoju lata będąc pouczanymi, że tak przecież nie wolno, byśmy o tym w ogóle nie myśleli. Między czternastym a dwudziestym czwartym rokiem życia „gra wstępna” z czegoś, czego chłopcy chcą, a czego dziewczyny nie chcą, zamienia się w coś, czego kobiety potrzebują, a czym mężczyźnie nie należy zawracać głowy. Zdaje mi się nawet, że idealną parą byłaby czytelniczka Cosmo i czternastoletni chłopiec. Nick Hornby
piątek, 26 listopada 2004
Co dalej...
...oto jest pytanie. Obawiam się, że część autorów tej sagi postanowiła robić karierę samodzielnie, pozostali porzucili wszelki kontakt ze światem. Jedni oddali się więc medytacji, inni grze w szklane paciorki, wszyscy wciąż jeszcze żyją. I to jest, jak na razie, wiadomość optymistyczna. PZdr, Ania Tarłowska tarlowska_blog@o2.pl PS Powrót jest strategią wzmacniającą promocję. Ania Tarłowska i jej bohaterowie powrócą wkrótce.
niedziela, 19 września 2004
Bociek Travel i krakowska frustracja
- Bociany, spierdalać do Afryki! - darł się na całe miasto pijany Kacper. Rynek Główny targany był przeciągami, które o tak później porze przerzucały sterty śmieci z jednego miejsca na drugie. W istocie było coś w tym naszym przemarszu przez miasto z saharyjskiej karawany, pewien ład, ekonomiczne zorganizowanie, bo szliśmy sznurkiem i przeciąg doskwierał mniej. Co nie przeszkodziło w kontynuowaniu nośnego tematu, jakim jest ornitologia - przynajmniej niektóre jej kulturowe implikacje. - Bociany, spierdalać do Afryki! - Prędzej rzeką Wisłą przypłynie statek piratów o pięciu masztach, dwudziestu armatach, niż dojrzysz tu jednego, choćby kurwa zdechłego, boćka - nasz dobry przyjaciel z rosjoznawstwa, Filip, starał się załagodzić postulat Kacpra, choć z góry było wiadomo, że trud jest daremny. Kacper upajał się swoją frazą. Łukasz szedł milczący, wyraźnie nie w humorze, gdyż w barze nie przyjęto jego czeskich koron, za które usiłował kupić nam wszystkim po piwie. Mieliśmy nienajlepszy dzień. Po raz pierwszy, delikatnie - ale jednak - wyproszono nas ze Stolarskiej. Było bardzo późno, trochę zimno i w zasadzie o czym można było żywo rozprawiać, jeśli nawet sam Marcin Świetlicki, który - zdarza się - czasem pojawia się na Stolarskiej (co trochę nas dekoncentruje) tym razem wyszedł dużo wcześniej i - jak udało się nam zauważyć - sprawiał wrażenie bardzo śpiącego. - Dziennikarze RMF-u zajęli się losem biednego bociana, który utknął w naszym kraju gdzieś koło Białej Podlaskiej - Łukasz, odprowadzając wzrokiem opuszczającego knajpę Świetlickiego, wyraźnie zapragnął zapełnić pustkę, która nastała w naszych sercach po wyjściu poety - Zresztą to bardzo wzruszająca historia - ciągnął dalej znad kufla - bocian bez przerwy czatował w miejscu, gdzie zginęła jego życiowa partnerka. Kacper wzniósł nieco patetyczny toast za lojalność, a ja przypomniałem sobie wczorajszą lekturę, którą podałem, starając się nawiązać do dykcji Agnieszki, telewizyjnej prezenterki pogody i dziewczyny Kacpra. - Lecąc do Afryki bocian przelatuje przez Bliski Wschód i Izrael - wskazałem ręką na wyimaginowanej mapie - Czyli że symbol polskości, zwierz niemal narodowy, który mógłby stać się symbolem wszechpolskich godeł, jest pozbawiony wszelkich natręctw rasizmu i antysemityzmu, a przy okazji cechuję się niebywałą otwartością. Na świat i ludzi. Filip zadławił się piwem, a Kacper zdołał rzucić mimowolną uwagę, iż związek z Magdą wyraźnie mi nie służy. Od razu uświadomiłem sobie gorzką prawdę, że nikt z tu obecnych nie ma okazji czytać rzeszowskich dodatków Gazety Wyborczej, na czym niewątpliwie cierpi ich erudycja. Na pomoc przyszło jednak nieoczekiwanie ogólnopolskie wydanie Gazety. Łukasz zasugerował bowiem, że wcześniejszy w tym roku wylot bocianów musi mieć swój związek z tekstem „Kraj sportów ekstremalnych” Michała Olszewskiego, i że w boćkach, a z pewnością w tym z Białej Podlaskiej, również od dłuższego czasu wzbierała się „głucha, zapiekła niechęć do rodaków i miejsca, w którym przyszło mu się urodzić”. Zawsze podziwialiśmy Łukasza za zdolność sypania prasowych cytatów z rękawa. - Spierdalajmy więc do Afryki - powiedział, wstając Kacper - od kiedy Kapuściński podróżuje z Herodotem, nie wiadomo, co się tam dzieje. - E, lepiej wysłać tam Michała Olszewskiego, skoro już się pakuje - stwierdził Filip - jeśli mają tam bilety, jest szansa, że Michał wyskrobie sobie Nobla. Właśnie wtedy Łukasz postanowił zamienić swe korony na piwa, co, jak się okazało - w połączeniu z odmową barmanki oraz awanturniczą naturą Kacpra - nie wyszło na dobre. Poszliśmy więc dalej. Wczesna jesień w mieście, które - poprzez fakt, że na starość ściągają tu z emigracji wszyscy wielcy poeci, prozaicy, dramaturdzy - przez niektórych młodych frustratów złośliwie nazywane jest umieralnią, otóż tutejsza jesień, zwłaszcza w okolicach Plant, gdzie - wiadomo - nie jedno wiekowe i przygarbione drzewo wyrasta, jest dosyć posępna. Korytem Wisły ślizga się zimne powietrze z gór i - docierając do ustawionych ukośnie, jakby ręką złośliwego demona, murów Wawelu - zostaje rozcięte na dwa strumienie, z których to następnie jeden zasila Rynek Główny i Planty, a drugi pędzi, by przemrozić tyłki tym wszystkim trendy-cwaniakom z Kazimierza. Centrum jest więc w zasadzie wiecznie zimne, co powoduje, iż przeciętni Krakowianie, a zwłaszcza studenci i profesorowie, wciąż chodzą zasmarkani i często chorują. Jest to przyczyną nieustającej frustracji, jaka ogarnia młodych literatów i intelektualistów, bowiem permanentne przeciągi już od połowy września nieuchronnie przekładają się na katastrofizm światopoglądowy wszystkich tych, którzy zmuszeni są bywać, by uchodzić za poważnych twórców, w kilkunastu obowiązkowych knajpach, kawiarniach i księgarniach, a więc na szlaku szalejącego zimnego powietrza. Nas na szczęście krakowska frustracja jak dotąd omijała. Nie to że nie chcieliśmy zostać modnymi literatami czy szanowanymi intelektualistami, w głębi duszy chcieliśmy bardzo. Przyczyna była znacznie bardziej prozaiczna i w zasadzie nie dla biografów. Zbyt zasiedzieliśmy się na Stolarskiej. Ale i to miało się właśnie skończyć. Wiatr dął niemiłosiernie. Widmo frustracji zaglądnęło nam w oczy i jako pierwszego dopadło Kacpra, który począł wypominać bocianom, że niby polskie, a jak jest w kraju ciężko, wieje i zimno, to ich kurwa nie uświadczysz. Weszliśmy w spór, którego efektem miała być teoria "syndromu bociana" i nawet Łukasz niespodziewanie przerwał milczenie, by z błyskiem w oku oznajmić, iż to jest szansa na niezły biznes i że czym prędzej powinniśmy założyć biuro podróży "Bociek Travel". Poszliśmy więc w kierunku mieszkania Radka, który przez cały ten czas uparcie nie odbierał telefonu. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, iż nowo upieczony krakowianin, niejaki Maciej Kaczka, miał ukraść nam pomysł na nasz złoty interes. Radek oznajmił to nam w drzwiach swego domu wraz z podaniem aktualnej godziny, o której normalni ludzie w czasie wolnym od wojny i demencji alkoholowej raczej nie składają sobie wizyt.
środa, 15 września 2004
Mój Boże c.d. 3 „Future continuous”
Kacper – VW Golf
Łukasz i Bartek – Holenderskie rowery
Filip – busik relacji Kraków – Olkusz
To nie był dobry dzień. Absolutnie był to zły dzień dla Filipa. Upał niemiłosierny, a upałów Filip nie lubi. Nagrzany asfalt i budynki oddawały swoje ciepło w nocy, a w dzień słońce piekło jeszcze bardziej. Musiał jechać na wieś w sobie tylko wiadomych sprawach.
|
| ||||||